środa, 13 listopada 2013

24. Co ja piszę - czyli o "recenzjach" i "recenzowaniu"

Dzisiejsze przemyślenia będą nawiązaniem do dyskusji, jaka zrodziła się na portalu znadplanszy.pl, który zdarza mi się śledzić. Dyskusji na temat tego, że za mało jest negatywnych recenzji, jaka powinna być rzetelna recenzja oraz jakie są obowiązki recenzenta wobec czytelników. Padło sporo ciekawych opinii i komentarzy, więc postanowiłem się do tego nieco ustosunkować, przy okazji dookreślając co tak naprawdę piszę na tym blogu i czego należy, a czego nie należy się po mnie spodziewać.

Po pierwsze:
Jak pisałem w pierwszym poście – zasadniczo nie piszę recenzji. Większość publikowanych tutaj tekstów to tzw. „rzuty okiem na”. Nie aspirują do miana „rzetelnej oceny”. Są po prostu opisem wrażeń, jaki wywołał we mnie dany tytuł. Owszem, bywają przydługie i zwykle poza czystymi opiniami opisuję też mechanikę samej gry, ale wydaje mi się to nieuniknione. Trzeba przynajmniej nakreślić jak działa dana gra, by można było wskazać co jest w niej fajne, a co nie.
Czasem taki rzut okiem powstaje po kilku rozgrywkach, czasami po jednej. Stąd też w moich tekstach możecie się natknąć na określenia takie jak „nie wiem”, „nie jestem pewien” „być może” czy „wydaje mi się”.

Po drugie:
Większość moich tekstów ma pozytywny wydźwięk. Nie piszę o grach, których wybitnie nie lubię, bo uważam, że nie zasługują na to, by poświęcać im swój (mniej lub bardziej cenny) czas. Czasami, jak słusznie zauważa Tempy, nie opisuję jakichś wad danej gry. Wynika to z tego, że albo takiej wady nie dostrzegam, albo wydaje mi się marginalna, bo kompletnie nie przeszkadza mi w graniu i czerpaniu z tego frajdy.

Po trzecie:
Nie dostaję od nikogo gier do recenzji. Piszę o tytułach, które posiadam u siebie, w które mogę zagrać u znajomych, czy podczas jakichś planszówkowych spotkań. Co za tym idzie nie mam żadnych zobowiązań wobec wydawców, nie mam nic z tego, że napiszę o danej grze lepiej czy gorzej. Nie mam też jakiegoś parcia na to, by opisać daną grę jak najszybciej. Piszę jak mi się zachce. Dziś poopowiadam o jakiejś nowości, jutro o grze sprzed trzech czy pięciu lat.

Po czwarte:
Coś, o czym zdaje się także wspominałem na samym początku mojego blogowania. Wszystkie moje opinie są całkowicie subiektywne. Nawet nie silę się specjalnie na obiektywizm. O gustach się nie dyskutuje. Z doświadczenia wiem, że są tytuły, którymi ja się zachwycam, a znajomi nie tyle ich nie lubią, co wręcz nimi gardzą. I na odwrót. Uważam, że nie da się obiektywnie powiedzieć, że ta gra jest dobra, a tamta zła. Przykleić im etykietek i dać liczbową ocenę. Jak napisał Orions na swoim blogu – nie ma złych gier. Są po prostu gry, które mi się nie podobają. A o takich nie będę pisał.

Po piąte:
W takim razie jakie gry mi się podobają i czego można się po mnie spodziewać? Myślę, że po tych ponad dwudziestu wpisach zarysowuje się pewien przekrój moich zainteresowań. Gry kooperacyjne, przygodowe, takie z klimatem. A więc jestem bardziej ameritrashowcem niż eurosucharzystą. Nie wiem, czy powinienem się wstydzić… Jednocześnie jestem zdania, że to ludzie tworzą grę. W odpowiednim towarzystwie zagram w zasadzie we wszystko (może poza Palcami w Pralce). W kiepskim – podziękuję nawet, jeśli zaproponują mi partyjkę mojego ulubionego tytułu.

Po szóste:
Zdaje sobie sprawę, że ludzie czytają tego typu blogi zbierając opinie o danej grze. Opinie te są im potrzebne do podjęcia decyzji, czy kupić taki tytuł, często wydając na to trzycyfrową sumę. I tu chciałbym coś bardzo mocno zaakcentować. Jeśli na koniec w swoim tekście piszę „polecam” to nie mam wcale na myśli „biegnij do sklepu i kup, póki jest na półce”. Nic bardziej mylnego! Moje „polecam” znaczy tyle, co „jeśli będziesz miał okazję to zagraj, wypróbuj”. Dopiero wtedy, gdy na własnej skórze przekonasz się, że gra ci się podoba i spełnia twoje własne oczekiwania, możesz się pokusić o dołączenie jej do swojej kolekcji.

Z kupowaniem planszówki jest jak z kupowaniem butów. Mogę komuś polecić sklep, czy markę. Mogę powiedzieć jakie buty mam albo miałem i czy byłem z nich zadowolony. Ostatecznie jednak nikt nie kupuje butów na podstawie samych tylko opinii. Trzeba iść do tego sklepu, przymierzyć, przejść kilka kroków. Bo każdy jest inny i musi się przekonać na własną stopę w czym mu będzie wygodnie.

Z planszówkami jest nawet łatwiej bo nie są artykułem pierwszej potrzeby. Planszówkę można pożyczyć, czy to od znajomych czy z jakiejś wypożyczalni, których jest coraz więcej. Za jakąś symboliczną opłatę bierzemy grę do domu na parę dni i testujemy do woli. Poza tym rośnie liczba imprez promujących gry bez prądu. Poszukaj, a z pewnością znajdziesz informację o takiej inicjatywie w swojej okolicy. Zwykle są to imprezy darmowe, wystarczy przyjść i można grać ile wlezie.

Zachęcam do tego, by dopiero po przetestowaniu danego tytułu podejmować decyzję o ewentualnym zakupie. Koniec końców decyzji tej nie podejmie za was żaden recenzent, blogger, czy starający się wam jak najrzetelniej doradzić sprzedawca w sklepie.

1 komentarz:

  1. Strasznie mi się podoba porównanie do butów. Takie życiowe.
    W kwestii recenzji/opinii - często przy decyzjach zaważają te, które są lepiej napisane. Nie chodzi mi tu o opis, typu mechanika i nawet wrażenia z gry, tylko o język wypowiedzi. Zabawne, ale też dałam się na to raz złapać ;)

    OdpowiedzUsuń